Kultura, talenty i magnetyzm nowoczesnych instytucji.

Innowacyjność, jako termin, od pewnego czasu przejawia oznaki zmęczenia. I nie dlatego, że jej formuła jako idea się wyczerpuje, ale dlatego że przedostała się do codziennego języka instytucji i środowisk, które z innowacyjnością nie mają wiele wspólnego.

Czasem można odnieść wrażenie, że instytucje zajmujące się innowacyjnością prowadzone są jak urzędy gminy - z kształtowaniem nowych kultur organizacyjnych, energetyzującym wizerunkiem i rozwojem talentów nie mają wiele wspólnego.



Lata inwestycji w klastry, parki technologiczne, różnego rodzaju akceleratory przedsiębiorczości i ‘sieci współpracy’ skłaniają do zadania pytania czy liczba nowych produktów, usług i wysokowartościowych miejsc pracy powstałych z działalności tych instytucji odzwierciedla liczbę powołanych do tego organizacji?

Czy może podobnie jak w przypadku edukacji wyższej, zmierzamy w stronę ilości zamiast jakości?

Sprawa nie jest oczywiście czarno-biała. Zdolność poszczególnych organizacji, branż czy całej narodowej gospodarki do przestawienia się na tory ‘innowacyjnych praktyk’ to proces długotrwały, często wieloletni, a w przypadku bardziej przełomowych zmian, również wykluczający. Pozytywne zmiany oczywiście zachodzą i bardzo budujące jest powiększające się grono success stories - CD Project, Fakro, Pesa, Platige i Solaris to tylko kilka dobrze znanych przykładów.

Problem dotyczy natomiast tempa i skali zmian.

Najbardziej zaawansowane gospodarki nie stoją w miejscu, a grupa pościgowa również nie odpuszcza. Ja odnoszę natomiast wrażenie że w dyskusji o innowacyjności wciąż zadowalamy się stanem w którym „mamy w mieście uniwersytet, centrum badawczo-rozwojowe z ‘długoletnimi tradycjami’, mamy ‘te akceleratory’, kilka firm z grantami rozwojowymi - innowacyjność powinna ‘się dziać’", a my powinniśmy piąć się w międzynarodowych rankingach i obserwować wynikające z tego dobrodziejstwa.

Tak niestety nie do końca jest - i doskonale to wiemy.

Innowacyjność musi mieć swoją stronę podażową i popytową. Z jednej strony musi być ktoś kto zapotrzebowanie na nowy produkt bądź rozwiązanie aktywnie przejawi, a z drugiej ktoś kto mu je dostarczy. I po obu stronach układanki muszą być osoby dążące do jak najlepszego rezultatu.

Dla mnie kluczem do dobrze funkcjonującej strony popytowej innowacyjności - tzn. instytucji chcących się zmieniać na lepsze, i aktywnie w to inwestujących - jest świadomość, gotowość i aktywność w podejmowaniu odważnych zmian organizacyjnych. A ten stan jest nieodzownie związany z masa krytyczną talentu - osób podejmujących, bądź inspirujących decyzje.

Problem niestety polega na tym, że talenty są bezlitosne w wyborze najbardziej sprzyjającego otoczenia do rozwoju. Ściągaja tam gdzie spotykają najwięcej podobnie nastawionych, ambitnych, bystrych i otwartych na świat ludzi. Nieprzypadkowo najlepiej rokujący studenci decydują się na najlepsze ośrodki akademickie za granicą - np. za cenę pozostawienia za sobą swojej siatki spolecznej - a doświadczeni pracownicy z branż inżynieryjnej, finansowej, naukowej czy artystycznej ściagają do Doliny Krzemowej (technologie), Nowego Jorku i Londynu (finanse/design), Mediolanu (moda) czy Bostonu (nauka/technologie).

Także nieprzypadkowo o te strumienie talentów biją się wszyscy którzy rozumieją że tylko to pozwoli im pozostać konkurencyjnymi, rozwiającymi się organizacjami - Apple, Amazon, Google, Boeing, Starbucks, Goldman Sashs, topowe firmy konsultingowe czy ośrodki naukowe rozumieją te zasady i są tego najlepszego przykładami. Nie bez znaczenia jest też to, że już w tej chwili są postrzegane jako kuźnie talentów.

Chociaż działaność tych instytucji wpływa (i aktywnie zmienia) nasze otoczenie - sposób w jaki poszukujemy informacji, komunikujemy się między sobą, zamawiamy towary, podróżujemy, czy uzyskujemy dostęp do kultury - to niestety żadna z nich raczej bezpośrednio nie odpowiada za wyzwania lokalne, bedące odzwierciedleniem tzw. makro-trendów: nadciągajacych zmian demograficznych, urbanizacji, zmian klimatycznych, rozmijania się popularnej, masowej edukacji z postępem technologicznym, wykluczeniem cyfrowym, rozwarstwieniem społecznym itp. Te obszary są najczęściej pozostawione w gestii ‘pozostałych organizacji’ – najczęściej publicznych, a do nich najlepszy talent nie bardzo napływa.

A to właśnie te ‘pozostałe organizacje’ w swoim indywidualnym charakterze, i jako całość, stanowią o tym czy miejsce w którym mieszkamy jest sprzyjające rozwojowi, przyjazne - w ogólnym ujęciu, progresywne.

Nowoczesne instytucje, kultura oparta na otwartości i gotowości do eksperymentowania idą w parze z talentami. Najzdolniejszych ludzi ściąga nie tylko do podobnie nastawionych środowisk, ale równiez tam gdzie jakość życia i szanse na rozwój są na odpowiednio wysokim poziomie. Gdzie agenda społeczna, kulturowa i środowiskowa jest priorytetem, a ‘innowacyjność’ ma miejsce nie tylko w przestrzeni komercyjnej, ale przede wszystkim publicznej.

Stąd też przestrzeń na rozruszanie w Polsce popytowej strony innowacyjności jest ogromna, tylko na miejscu muszą być właściwe osoby, które mają narzędzia umożliwiające im taką działalność - wizję i ambicję, ale również mechanizmy np. przetargowe, nowoczesne kanały dostępu do najlepszych, międzynarodowych praktyk, i regularnie porównują się do najlepszych tego typu organizacji na świecie.

Osobiście coraz bardziej skłaniam się do przekonania, że ‘innowacyjna gospodarka’ powinna się charakteryzować nowoczesnymi instytucjami. Takimi, które odpowiadają na XXI-wieczne wyzwania przy pomocy najlepszego, dostępnego talentu oraz nowoczesnej (XXI-wiecznej) kultury, środowiska i metodologii pracy, a nie gorączkowo trzymają się XX-wiecznego modus operandi, nierzadko opartego o XIX-wieczne pryncypia.

Jednak żeby tak się stało, trzeba mieć do tego ludzi którzy są gotowi podejmować niesztampowe decyzje i dążą do tego aby utalentowani ludzie z różnych dziedzin - biznesu, designu, technologii, mediów, finansów, nauki - mogli w transparentny i merytokratyczny sposób swobodnie przepływać pomiędzy instytucjami. Realizować się i zbierać doświadczenia w różnych sektorach, szczególnie na pograniczu sfery publicznej i prywatnej.

Bez tego ani rusz.

Nie można oczekiwać, że 25-letnia urzędniczka/urzędnik/pracownik spółki publicznej, którzy w latach 90-tych rozpoczeli swoją karierę i dzisiaj mają “15 lat doświadczenia w administracji” będą czempionami zmian na kolejne 20 lat. Nie bedą nimi, o ile mobilność pracy nie będzie dotyczyła ich samych jak i otoczenia w którym pracują.

Instytucje które nie potrafią przyciagąć i rozwijać talentów, tych z najmłodszych generacji, ale również tych o kilka oczek wyżej, będą się ‘betonować’ i kisić we własnym sosie, a ich skala rozwoju – na poziomie indywidualnym, jak i całości systemu - będzie hamulcowym a nie kołem zamachowym innowacyjności.

Dla mnie ciekawym i jednym z kluczowych wskaźników efektywności czy te organizacje odpowiadają duchowi czasów jest ocena wizerunku przez najzdolniejszych młodych ludzi, oraz projekty potwierdzające, że jesteśmy równorzędnymi partnerami dla podobnych (najlepszych) tego typu instytucji za granicą.

Dla przykładu, poddajmy temu testowi kilka z bliskich nam instytucji, które powinny być kluczowe dla funkcjonowania innowacyjnego otoczenia:

- Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości
- Uniwersytet, np. Warszawski
- Kancelaria Prezesa Rady Ministrow
- Urzędy miasta

Czy myśląc o tych instytucjach kojarzy nam się, że mają świetną, pro-aktywna kulturę organizacyjną, nowoczesne praktyki zarządzania, zależy im na przyciąganiu i rozwijaniu najbardziej utalentowanych ludzi [na poziomie działań, nie deklaracji], prowadzą świetną komunikację społeczną, tworzą ambitne, światowej klasy rozwiązania i programy postrzegane na arenie miedzynarodowej jako najlepsze praktyki?

Chyba nie… a zaryzykuję stwierdzenie, że częstszym skojarzeniem jest:

Zbiurokratyzowany i raczej toporny mechanizm rozdysponowywania grantów publicznych, uczelnie i kadra akademicka pusząca się statusem ‘najlepszych’ w regionalnych metrykach, mało skuteczna strategia unowocześniania administracji publicznej, pasywno-defensywna kultura współpracy z partnerami zewnętrznymi, notoryczny brak transparentności oraz drętwy język komunikacji.

I niestety ten wizerunek bezpośrednio przyczynia się do tego, że talent o miedzynarodowej klasy zdolnościach nie jest zainteresowany pracą w tych instytucjach i zwyczajnie odpływa gdzie mu lepiej. Nie ma zatem czynnika, który byłby paliwem dla tej tak ważnej, popytowej strony innowacyjności.

Co mnie najbardziej niepokoi to zjawisko w którym cześć z tych instytucji - publicznych, ale również prywatnych - nie jest w ogóle zainteresowana zmianami w tym obszarze. Nie jest ani zainteresowana przyciąganiem talentów - oferowaniem im ciekawej pracy, sprzyjającego otoczenia i ścieżki rozwoju - ani nauki od najlepszych odpowiedników za granicą. Zadowalają się utrzymywaniem wygodnego status quo, a kto jest szcześliwy ze status quo ten nie może mysleć o dynamicznej modernizacji gospodarki i dołączeniu do klubu najlepiej rozwijających się społeczeństw.

Kilka tygodni temu prowadziliśmy ze znajomą (Polką, ¬27 lat, realizujacą sie świetnie w zespole Governement Digital Services w brytyjskim rządzie) bardzo ciekawą rozmowę dotyczącą tego jakiego rodzaju projekty są prowadzone przez tutejsze instytucje, i w jaki sposób te projekty stymulują popyt na innowacyjność oraz zatrudnienie dla młodych ludzi. Ponieważ te projekty są ciekawe i w miarę dalekowzroczne - np. demonstratory dla autonomicznych samochodów, testy publicznej sieci dla Internetu Rzeczy, czy digitalizacja kluczowych usług publicznych - ludzie są skłonni odłożyć lukratywne propozycje z sektora prywatnego i realizować się w obszarze publicznym.

I nie ma się co oszukiwać, prawdziwe zmiany na poziomie systemowym są realizowane przez nowoczesne instytucje. Prywatne – takie jak Google, Apple, MIT, Harvard; publiczne, takie jak GDS, SITRA, NESTA, czy te z pogranicza obu światów, jak Bloomberg Philanthropies, TED albo Rockefeller Foundation - a prawdziwą siłę rażenia mają tylko i wyłącznie wtedy, gdy zatrudnią najlepszy dostępny talent i dadzą mu przestrzeń i narzędzia do rozwoju, i zmiany rzeczywistości.

A jeśli te praktyki udaje się przenieść na lokalne warunki, to już w ogóle mamy do czynienia ze skarbem.

Dlatego uważam, że jedne z najważniejszych zmian jakie muszą zajść w tym obszarze w Polsce nie dotyczą zwiększonego finansowania czy lepszej infrastruktury technicznej (chociaż i te aspekty są bez wątpienia ważne), ale dalekoidących zmian na poziomie kultury zatrudniania i organizacji pracy, mechanizmów przyciągania, utrzymywania i rozwijania talentów, oraz mechanizmów stymulujących tworzenie popytu na innowacyjne projekty i współpracę z najlepszymi zagraniczymi ośrodkami.

A jeśli dana instytucja/e sobie z tym zadaniem nie radzą, to może powinny zastapić je nowe, tworzone już według XXI-wiecznych, najlepszych praktyk?

- Łukasz Alwast
Trwa ładowanie komentarzy...