O autorze
Interesuje mnie tematyka z pogranicza biznesu, nauki, technologii i kultury.

Po ukończeniu studiów z zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim przeniosłem się do Science and Technology Research Unit (SPRU), gdzie pracowałem m. in. nad analizą procesów dyfuzji innowacji oraz badaniem trendów technologiczno-ekonomicznych. Obecnie pracuję w londyńskim centrum nowych technologii zajmującym się przyszłością miast.

W wolnej chwili pomagam przy organizacji TEDxWarsaw, a także twittuje na @lukaszalwast. Jestem rownież na linkedin.

Jest promyk nadziei. Państwo powoli dostrzega swoją rolę w rozwijaniu talentów.

Dwie deklaracje z exposé Premier Kopacz - ta o wspieraniu finansowania studiów zagranicznych i stażach w administracji publicznej - zasygnalizowały, że administracja publiczna zaczyna coraz aktywniej myśleć o strategicznej inwestycji w edukację. To dobry znak. Obie propozycje wyglądają dobrze na papierze i diabeł będzie tkwił w szczegółach, ale nie ma wątpliwości że już sama deklaracja ma silny, symboliczny charakter. Co raz zostało powiedziane poszło już w eter i będzie można budować wokół tego systematyczne popracie.

Nie będę ukrywał, że jestem gorącym zwolennikiem tej pierwszej obietnicy.



Ktokolwiek, kto na przestrzeni ostatnich lat ukończył studia w Polsce i potem miał okazje porównania sposobu ich prowadzenia z tym jak są oferowane w najlepszych zagranicznych ośrodkach, nie będzie miał zbyt wielu wątpliwości. Tamtejszy aparat instytucjonalny (ten formalny i nieformalny) ma najczęściej na celu dwie rzeczy: umożliwić pracującym na uczelni naukowcom swobodne prowadzenie światowej klasy badań oraz intelektualne ukształtowanie i zapewnienie studentom najlepszego możliwego startu w życie zawodowe i naukowe.

Te deklaracje mogą brzmieć znajomo. W zasadzie każda uczelnia w Polsce mogłaby powiedzieć że tak właśnie robi, ale chodzi jednak o jakość realizowania tej obietnicy.

To w jaki sposób funkcjonuje instytucja biura karier na LSE czy w Stanford - na poziomie profesjonalizacji świadczenia usługi - to przepaść w stosunku do tego co mają do zaoferowania SGH czy UW, a to samo dotyczy dostępu do zasobów edukacyjnych, jakości wspierających systemów informatycznych i administracyjnych, czy siatki i kultury stowarzyszeń absolwentów.

Tą uniwersalną ‘deklarację jakości’ można odnaleźć również w innych sferach życia publicznego - obsłudze w urzędach, użyteczności publicznych systemów informatycznych, czy wreszcie języku codziennej komunikacji. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale jak się porównuje te usługi z najlepszymi zagranicznymi odpowiednikami - np. brytyjskimi, fińskimi czy niemieckimi - to jednak czegos brakuje. To są te “małe szczegóły” które sprawiają, że życie zawodowe czy naukowe w tych krajach jest po prostu bardziej inspirujace.

To samo dotyczy edukacji.

Dlaczego więc państwowe wspieranie edukacji za granicą jest dobrym pomysłem?

Przez dekady byliśmy raczej biednym krajem w sowieckiej strefie wpływów. Narzuconym wzorem prowadzenia badań i organizacji naukowych były odnośniki wschodnie. I o ile Związkowi Radzieckiemu nie można odmówić sukcesów na polu osiągnięć naukowych, to w długim okresie ten model się nie sprawdził. Najzdolniejsi matematycy, fizycy, inżynierowie czy ekonomiści nie uciekali z Bostonu do Moskwy, czy z Oxfordu do Jekaterynburga, a raczej w drugą stronę. I ciężar naukowego pionieryzmu, chociaż ostatnimi laty przesunięty w stronę krajów azjatyckich, znajduje się w strefie anglosaskiej, germańskiej i skandynawskiej. Polska nauka chociaż deklaruje starania, do tej kategorii (jeszcze) nie należy - co potwierdzają stosy opracowań i raportów.

Deklaracja że Państwo Polskie jest gotowe sfinansować najzdolniejszej młodzieży dostęp i doświadczenie najlepszych ośrodków naukowych na świecie to znak, że rozpoznaje one co stanowi o długookresowym sukcesie społeczeństwa (mieszanka kultu pracy, krytycznego myślenia, innowacyjności i pro-aktywnej, przyjaznej administracji) i jest gotowe to aktywnie wspierać. Realnych zwrotów z tej ‘inwestycji’ nie można się spodziewać wcześniej niż za dekadę, ale postawienie na jakość i na długi horyzont, jest chyba jednym z najlepszych zakładów na które pieniądze podatnika mogą być przeznaczone.

Szczegóły tej propozycji oczywiście nie będą łatwe. Budżet - co uzasadnione - będzie ograniczony. Ważne natomiast żeby ten projekt nie pozostał na symbolicznej skali. Garstka stypendystów wiosny nie uczyni, ale już 100-200 [strzelam, że prawdopodobnie tyle osób dostaje co roku oferty na najbardziej oblegane kierunki na najlepszych 10 uczelniach na świecie] już będzie miało taką szansę. Te kilkaset osób po kilku latach będzie miało szansę stworzyć tzw. soft power, którego Polska historycznie jeszcze nie miała, a jak najbardziej powinna, jeśli chce aspirować do swojej roli, jednej z 20-czołowych gospodarek świata. Stypendia na zagraniczne kształcenie powinny być postrzegane niczym projekty strategiczne, o długookresowym horyzoncie, takim samym jak dywersyfikacja źródeł energii czy modernizacja armii.

Sfera symboliki jest równie ważna. Nie ma chyba lepszej motywacji do nauki dla młodego, ambitnego gimnazjalisty/licealisty (-tki), że pewnego dnia będzie miał szansę - wspieraną przez Państwo (czyli nas samych, naszą rodzinę, ale i sąsiadów) - rozwijać swoje talenty na uczelniach pokroju MIT, RISD, Cambridge czy innych. Stwierdzenie sky is the limit które Cezary Wójcik użył w jednym ze swoich wystąpień podczas TEDx, będzie miało szansę nabrania bardziej namacalnego i osiągalnego charakteru.

Państwo nie powinno być jednak od dawania pieniędzy ‘od tak’. Idea powiązania systemu stypendialnego z pewnego rodzaju formą kredytu jest słuszna. Kluczową kwestią jest żeby ten kredyt i sposób jego spłaty, był dostępny dla osób z mniej zamożnych rodzin - nie chodzi bowiem oto żeby strumień państwowych pieniędzy był finansową ulgą dla już zamożnych rodzin, które swoje dzieci niezależnie od pomocy Państwa, są w stanie wysłać za granicę. Nie powinno się również wymagać natychmiastowego powrotu do kraju i odpracowywania stypendium. Należy dać ludziom szansę i wybór, z zastrzeżeniem, że kredyt można spłacić samemu albo ‘odpracować’ po powrocie do kraju (np. 5 lat w 10 lat po graduacji).

Ogólnie, zalet takiego programu jest więcej niż wad. Szczegóły będą wymagać pracy, ale warto żeby ten program miał skalę odpowiadającą ‘strategicznej inwestycji’.

Druga propozycja - o stażach w administracji publicznej - jest nieco bardziej problematyczna. Zakłada, że każde doświadczenie/praktyka w urzędzie administracji publicznej (np. gminie, agencji rządowej, ministerstwie) to doświadczenie silnie rozwijające intelektualnie i profesjonalnie. Tak jak wspominałem w jednym ze swoich poprzednich wpisów - poza kilkoma wyjątkami, polskie instytucje z sfery publicznej nie mają wiele wspólnego z nowoczesną kultura organizacyjną, innowacyjnym sposobem i otoczeniem pracy, czy naciskiem na rozwój talentów. A to właśnie tego powinni doświadczać młodzi ludzie.

Jak ognia trzeba unikać aby podobny program polegał na tym żeby 500 absolwentów pomagało w archiwizacji dokumentów w urzędach, sprawdzaniu czy nie ma błedów w arkuszach Excel, czy bycia ‘gońcem’ po różnych rejestrach i sądach. A takie są nierzadko realia źle zaprojektowanych programów praktyk. Powinno raczej chodzić oto aby garstka najzdolniejszych zaprojektowała właśnie takie procesy i usługi, żeby podobnej archiwizacji czy innych aktywnośći w ogóle nie trzeba było robić w przyszłości.

Zdecydowanie warto postawić na jakość a nie ilość, ale to wymagałoby głębszych zmian kulturowych i organizacyjnych w samych instytucjach. Zmiany podejścia do projektowania i prowadzenia projektów i przede wszystkim fundamentalnej zmiany (bo reforma wydaje się być zbyt zachowawcza) sposobu zatrudnienia i umożliwiania rozwoju kariery na pograniczu administracji publicznej i sfery prywatnej. Etos służby urzędzniczej opartej o XIX w. założenia to pieśń przeszłości. Nie ma sensu nachalne wpychanie kolejnych generacji młodzieży w te same tryby i oczekiwania realnych zmian w jakości funkcjonowania tych instytucji i usług jakie świadczą.

Podsumowując.

Finansowanie studiów zagranicznych dla najlepszych studentów:
- zdecydowane tak, powinien to być strategiczny obszar inwestycji dla Państwa
- formuła zbliżona do elastycznej pożyczki [nie darowizna], na korzystniejszych warunkach dla tych z niezamożnych rodzin
- 5 lat brzmi OK, ale lepiej spojrzeć na to jako 1 rok = 20% kredytu; czyli za kazdy przepracowany rok w Polsce (do 10 lat po ukonczeniu studiow) zobowiązanie kredytu zostanie obnizone o 1/5 początkowej wartości
- pozostawienie wyboru co do samodzielnego spłacenia kredytu vs. pracy w Polsce w zamian za umorzenie długu
- w proces projektowania i prowadzenia tego programu MUSZĄ być zaangażowane osoby które na własnej skórze doświadczyły podobną ścieżkę kariery naukowej/zawodowej - tzn. polskie liceum (ew. polska uczelnia) + czołowa uczelnia zagraniczna + praca zagranicą & praca w Polsce

Staże w administracji publicznej:
- jakość, a nie ilość
- wprowadzenie młodych ludzi w trybiki niesprawnej aparatury urzędniczo-administracyjnej może im przynieść więcej szkód niż pożytku; staże muszą być profesjonalnie zorganizowanymi programami ‘rozwoju talentów’ a nie dodatkowymi zasobami do wykonywania mało użytecznej pracy
- sposób zatrudniania młodych ludzi w administracji publicznej (i nie tylko absolwentów) musi ulec zmianie, co wymaga głębszych zmiany w filozofii służby cywilnej i pracy w administracji publicznej
- praca w administracji publicznej nie powinna byc postrzegana w kategoriach XIX i XX w. etosu ‘poświęcenia urzędowi’; innowacyjność polega między innymi na wychodzeniu poza swoją strefę komfortu i zdobywaniu doświadczeń w innych obszarach życia zawodowego
- administracja publiczna musi jak najszybciej przejść z myślenia analogowego ws. świadczenia usług publicznych na myślenie ‘cyfrowe’, co odpowiada duchowi czasów i zachodzącym przemianom społecznym

- Łukasz Alwast
Trwa ładowanie komentarzy...